28 grudnia 2022

To był cudowny rok

"Okręt jest bezpieczny, gdy cumuje w porcie. Ale nie po to buduje się okręty"

Paulo Coelho

 

Rok 2022 przyniósł mi wiele zmian, wiele doświadczeń, które nie były łatwe, choć przekaz z nich płynący ukazywał jak proste jest życie, jak ważne jest podążanie ścieżką swojego serca, w rytm jego bicia, jak ważne jest zaufanie miłości.

 

Spełniłam kilka moich marzeń, które przypomniały mi, że wszystko czego pragnę ma sens, że na nic zasługiwać nie muszę i sama mogę dać sobie wszystko to, za czym tęsknię. Zrozumiałam jak wiele odsłon może mieć miłość i że siła wewnętrznego spokoju ma moc uzdrawiania.

 

Wiosną odeszłam z pracy etatowej, z kierowniczego stanowiska, które wydawało się takie bezpieczne, a proces tego odejścia był długi i wymagający ode mnie wewnętrznej przemiany. Transformacji moich przekonań, wierzeń, zwłaszcza tych nieuświadomionych. Prawda o bezpieczeństwie w mojej poprzedniej pracy była iluzją. Nie czułam się zaopiekowana w tym miejscu. Wywoływało ono we mnie głęboki smutek i poczucie wewnętrznej nierównowagi.

 

Smutek nadmiarowości, nierozważnego maksymalizmu, ucieczki przed prawdziwym życiem, przed prawdziwymi marzeniami, przed pragnieniami swojego serca, pogubienia i próby odnalezienia spokoju w konsumpcjonizmie. Odeszłam z miejsca, które czułam, że na głębokim poziomie nie jest spójne ze mną. Uczucie to stawało się coraz bardziej wyraziste. Nie mogłam dłużej sama siebie oszukiwać. Uświadomiłam sobie, że powielam rodowy schemat ciężkiej pracy, bez perspektyw na swój własny indywidualny rozwój, na przejawienie w pełni mojego potencjału.

 

Odeszłam i poczułam głębokie poczucie ulgi, bezbrzeżny spokój i zaufanie. Pomimo lęków, które pojawiały się i dotyczyły oczywistej sprawy.. czy wystarczy pieniędzy, czy nie ryzykuję za wiele, co jeżeli się nie uda?

 

Zaufanie było jednak silniejsze. Pojawiały się nowe rozwiązania, które przynosiły pieniądze. Pojawiali się ludzie, którzy pomagali mi się rozwijać. Pojawiali się ludzie, którzy obdarzali mnie zaufaniem korzystając z moich astrologicznych usług. Uczyłam się, praktykowałam, uczułam się, praktykowałam.

 

Ryzyko jest zawsze, ale co tak naprawę oznacza pytanie "co jeśli się nie uda?" Co to znaczy nie udać się? Sam fakt, że odeszłam z pracy, która na głębokim poziomie nie przynosiła mi satysfakcji, nie karmiła mnie, było wygraną. Sam fakt, że postanowiłam się przebranżowić, że zaufałam mojemu sercu, mojej pasji, sobie, temu w co wierzę i co czuję w sercu, co mnie uskrzydla jest wygraną. 

 

Wciąż się rozwijam i wiem, że mam do zaoferowania o wiele więcej, niż jeszcze zdążyłam odkryć. Czuję pod powierzchnią, że wydarza się we mnie bardzo wiele. Tak wiele chciałabym Wam powiedzieć, przekazać. Konsultacje astrologiczne pomagają mi w tym w pewnym stopniu. Głęboko wierzę w magię miłości do drugiego człowieka, w jedność jaką jesteśmy i w siłę, którą generują nasze połączone serca.

 

W tym roku wydarzyło się coś jeszcze. Coś, co bardzo głęboko mnie zatrzymało. 

 

Sytuacja rozwinęła się w sposób nieoczekiwany. Kilka dni przed urlopem. Kilka dni przed planowanym od kilku miesięcy wypoczynkiem. Rutynowe badania i "nadgorliwy" lekarz, któremu coś jednak nie pasowało.. Jedne badania, kolejne, potwierdzenie diagnozy. Guz. Operacja dwa dni później, bo jakimś cudem 07.07 o godzinie 7 rano jest wolne miejsce na zabieg. Uran tranzytujący przez szósty dom kosmogramu urodzeniowego mojego ukochanego. Wierzę w moim sercu, że te wszystkie znaki świadczą tylko o jednym "uzdrowienie konfliktu, uzdrowienie ciała, przebudzenie, nowy twór, twór który przynosi miłość i światło, uwalnia od tego, co blokowało i zatrzymywało". 

 

Mierzę się jednak z obezwładniającym lękiem przed stratą, przed samotnością, przed śmiercią. Wypływa cała trauma śmierci taty, mogę jej ponownie dotknąć, doświadczyć w ciele, które się napina i drży. Siła jest powalająca, panika, szukanie antydepresantów..

 

Zatrzymanie, oddech. Oddech jest wszystkim. Oddycham głęboko. Nie mogę dodzwonić się do szpitala, by dowiedzieć się czy wszystko w porządku. W końcu mi się udaje. Operacja przebiegła pomyślnie. Stabilność, siła, spokój mojego ukochanego wzrusza mnie po dziś dzień. Był stabilny jak skała, jak drzewo, którego nie da się złamać. Tyle w nim radości, pasji życia, uśmiechu na co dzień, dobrego serca. Tyle spokoju w mierzeniu się z tą sytuacją i pewności, że jeszcze tak wiele do zrobienia.

 

Pięć miesięcy później odbieramy wynik guza, który okazał się być złośliwym. Wyciętym w całości, nie przedostał się dalej, bez przerzutów. 

 

Nie mam wielu mądrych słów na tą sytuację. Nie potrafię wyjaśnić, jak wiele było w tym "szczęścia", jak wiele przyniosło zmian, zwyczajnego bycia razem i doceniania absolutnie każdego spojrzenia w oczy. Mogę jedynie powiedzieć, że zaufanie jest tym, co pomaga najbardziej. Zaufanie sobie i tym, których kochamy. Choroba ta pokazała mi jak wiele we mnie potrzebowało jeszcze uwolnienia. Jak podobna to była sytuacja do mojego poprzedniego rozstania, gdy będąc z byłym partnerem bałam się opuszczenia, straty i samotności. Lęki te pojawiły się ponownie, choć w innej odsłonie. Potrzebowały rozpuszczenia w miłości i oddania się zaufaniu.

 

To wydarzenie było przede wszystkim o potrzebie puszczenia kontroli. Zaufaniu mojemu partnerowi, jego mocy, jego sile, jego wyborom, że niezależnie od tego, co się wydarzy jestem, niezależnie co się wydarzy ufam życiu i miłości. 

 

To wydarzenie w dalszym ciągu się we mnie procesuje i pozwalam sobie na transformację w takim tempie w jakim potrzebuję, z miłości do siebie i z miłości do Ciebie kochanie.

 

Dziękuje, że czytasz

Inu

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabronione jest kopiowanie, tłumaczenie czy modyfikacja jakiejkolwiek części strony, w jakiejkolwiek formie i jakimikolwiek środkami, bez zezwolenia na piśmie autora. Udostępnianie treści możliwe tylko poprzez link, który przekieruje odbiorcę na adres strony autora.

Copyright © Esencja Mnie 2019 - 2024 | Polityka Prywatności